NA CZUBEK GLOBUSA. NORDKAPP 2017

NA CZUBEK GLOBUSA




          Odkąd zaraziłem się podróżami motocyklowymi, Skandynawia, a przede wszystkim Norwegia, była w planach, ale bardzo daleko z tyłu głowy. Myśl, żeby jechać na Nordkapp przychodziła i szybko odchodziła, bo zimno, bo deszcz, bo bardzo drogo      i ograniczenia prędkości, które nie pozwalają cieszyć się z jazdy. Mało który motocyklista nie lubi ładnie złożyć się w zakręt       a potem przerzucić maszynę na drugi bok i tak w nieskończoność sunąć krętą górską drogą między skałami i drzewami niczym narciarz na stoku. Ale do tego bardzo często jest potrzebne troszkę szybciej niż 80 km/h. Przy małych prędkościach nie ma tej frajdy. Mapa Europy wisząca w moim garażu z zaznaczonymi już przejechanymi trasami, pokreskowana jest tylko w dolnej połowie. Górna połowa pusta aż się prosi żeby wymalować coś i na niej. Były Bałkany, był półwysep Iberyjski, kraje Beneluksu  i cale Alpy z najwyższymi przełęczami. Założenie żeby przejechać moją Hondą wszystkie kraje Europy wciąż aktywne a została tylko północ i wschód.
          Późna jesień, zapada decyzja, w następnym sezonie jadę na północ, najdalej jak tyko się da czyli - Nordkapp. Taką trasą żeby zobaczyć jak najwięcej ciekawych krajobrazów i przejechać jak najwięcej krajów. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo, będą potrzebne ciepłe kalesony i dużo maści na odgniecione pośladki. Ale czego się nie robi dla przygody.
          Zaczynam przygotowania; stary namiot przepalony w południowym słońcu i wygnieciony śpiwór idą na zasłużoną emeryturę. W ich miejsce pojawia się sprzęt biwakowy bardziej przystosowany do północnego klimatu, niskich temperatur i opadów deszczu. Wytwornych hoteli i restauracji raczej nie będę odwiedzał, ale campingi i dzikie biwaki na pewno tak.
To, że pojadę sam jest pewne ja dwa razy dwa. Tylko samotny wyjazd da mi poczucie spełnienia i pełną satysfakcję. Przez dwa tygodnie będę dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. No dobra, okrętem będzie moja Honda, ja tylko sterem i żeglarzem.
Przygotowanie dwutygodniowego wyjazdu w nieznane, to długie godziny spędzone przed komputerem na czytaniu relacji           i oglądaniu filmów ludzi, którzy już tam byli, robieniu notatek i zaznaczaniu ciekawych miejsc na mapie. Z relacji ludzi zakręconych tą samą pasją, można się dowiedzieć o wiele więcej niż z przewodników znanych wydawnictw. Można też kontaktować się z tymi ludźmi i pytać o tematy, które nas interesują. Internet to prawdziwe okno na świat i otchłań nieskończonych informacji, ale też mnóstwo głupiej paplaniny i debilizmu. Na szczęście nie trudno odróżnić jedno od drugiego. Przygotowanie trasy nie jest zajęciem nużącym ani męczącym, jest prawie tak samo przyjemne jak samo podróżowanie.

Trasa wycieczki.

Termin wyjazdu coraz bliżej, ostatnie przygotowania. Wgrywam mapy „Here” , montuję uchwyt pod wstrząso i wodoodporny smartfon, mapnik na papierową mapę i starą nawigację do szukania campingów. To do nawigowania. Dla Hondy serwis, nowe opony i świeżutki olej, uchwyty na spraje do łańcucha i na termosy, dodatkowa ładowarka USB. Dla mnie kombinezon przeciwdeszczowy i pięćdziesięciolitrowa torba pełna jedzenia. Znajdę w niej słoiki z flakami po zamojsku, gołąbki, fasolkę, konserwy rybne i mięsne, próżniowo opakowaną wędlinę i ser, kawę, herbatę i cukier. Budżet nie przewiduje zbyt wielu zakupów w drogich norweskich marketach a poza tym nigdy nie kręciło mnie chodzenie po sklepach i szukanie promocji. Zawsze traktowałem zakupy jako zło konieczne. Wolę spędzać czas na łonie natury niż w bezokiennej hali supermarketu.


Gotowy do drogi.


Dzień pierwszy.

Motocykl ładuję dzień przed wyjazdem. Załadowanym jadę do pracy, potem jeszcze do domu na obiad przygotowany specjalnie na tę okazję przez moje córeczki i dzida na Budzisko. Kilka kilometrów przed granicą z Litwą mam zabukowany nocleg. Podjeżdżam pod ukryty między wioskami a lasem hotel. Jest już ciemno, smaruję łańcuch przy akompaniamencie ryku łosia lub innego rogatego zwierzaka. AHOJ PRZYGODO.


Pierwszy nocleg jeszcze w Polsce.

Przejazd przez kraje nadbałtyckie traktuję mocno tranzytowo. Same główne drogi i przydrożne parkingi, zero zwiedzania i szwendania się po miastach. Kultura jazdy na Litwie i Łotwie jest dużo wyższa niż u nas. Zero wyprzedzania na trzeciego i pędzenia na złamanie karku. Wszyscy jadą z prędkością zbliżoną do maksymalnej dozwolonej. Może to zasługa szerokiego żółtego pasa rozdzielającego pasy ruchu. Nie wiem , ale jedzie się bardzo komfortowo. Obiad robię nad zatoką Rylską. Klimat typowo nadbałtycki, piaszczysta plaża na niej kilka rodzin zażywających kąpieli słonecznych, poza tym pusto. Zbieram się z parkingu, podjeżdża do mnie Chińczyk na GS-sie. Robią we dwóch tripa po Europie. Jadą z Finlandii a następnego dnia mają być w Polsce.

Dzień drugi.

Droga gdzieś w okolicach Rygi.

Do Tallina dojeżdżam przed wieczorem, loguję się w hotelu i jadę przepatrzeć terminal. Nigdy wcześniej nie płynąłem promem, pomijając krótkie rejsy na Chorwackie wyspy i przez Bokę Kotorską. Wracam pod hotel a tu GS na Hiszpańskich tablicach. Facet ma zabukowany pokój w tym samym hotelu i też jedzie na Nordkapp w dodatku następnego dnia płynie tym samym promem co ja. Ustalamy, że nastawiamy budziki na 5:00, a o 6:00 startujemy na terminal. Prom mamy o 8:00 ale na bilecie jest napisane że trzeba być dwie godziny wcześniej. Nazajutrz rano schodzę na parking, Hiszpan już przytracza wielki wór do swojego GS-a, więc i ja wiążę torbę do tylnego siedzenia, zapinam tangbag i lecimy na terminal. Podjeżdżamy pod bramki a tu nieczynne. Idziemy do kas a tam otwierają dopiero 7:30. Można było spać jeszcze półtorej godziny dłużej. Przed promem dojeżdża do nas jeszcze jeden motocyklista. To Holender w cieniutkiej skórzanej kurteczce na indyjskim motocyklu marki Royal Enfield z parasolem wciśniętym gdzieś między ramę a sakwy. Hiszpan z Holendrem szybko łapią kontakt i cały rejs gadają po angielsku. Ja z moją znajomością jerzyków obcych łapię co dziesiąty zwrot. Dwugodzinny rejs szybko dobiega końca. Przed Helsinkami mijamy bardzo urokliwe małe ale zabudowane wysepki.


Pożegnanie Tallina.


Dopływamy do Helsinek.


Małe wysepki przed Helsinkami.

Hiszpan proponuje żebyśmy jechali razem, ma na dzisiejszą noc zabukowane spanie w Rovaniemi, To ponad 800 km, a to jak na fińskie drogi bardzo długi odcinek. Ja daję sobie więcej luzu. Od Helsinek miał być spontan i niech tak będzie. Mam trzy dni na dojechanie do Nordkapp, nie muszę tak gonić.

Dzień trzeci.


Plac przy terminalu w Helsinkach.


Helsinki.

Robię sobie krótki spacer po placu, przy nabrzeżu strzelam kilka fotek, wskakuję na moto i wyjeżdżam z miasta  niekoniecznie najkrótszą drogą. Taki mój prywatny sposób na zwiedzanie miast. Pobłądzić troszkę po uliczkach i dopiero wyjechać na autostradę. Po kilkudziesięciu kilometrach mój żołądek daje znać, że już czas na obiad. Wjeżdżam na parking, ale nie mam odwagi się zatrzymać. Cały parking zajęty przez Muzułmanów, po lewej stronie kobiety po prawej mężczyźni, grupy tak około po pięćdziesiąt osób biwakują na trawnikach.
Następny parking już pusty ,kilka aut na fińskich rejestracjach. Robię flaki po zamojsku i jadę dalej.
Pierwszy obiad fiński obiad.

Flaki po zamojsku i kawa.

Autostrada szybko się kończy, zjeżdżam na zwykłą drogę i tak już będzie przez następne kilka tysięcy kilometrów. Na mało zaludnionych północnych terenach autostrady nie są potrzebne. Ruch samochodów jest niewielki, istniejący stan dróg zaspakaja w 100% potrzeby komunikacyjne tych terenów. Daje mi się we znaki bardzo wczesna pobudka, oczka coraz bardziej mi się kleją. Zjeżdżam na parking pompuję materac i zalegam w cieniu drzewa na godzinna drzemkę. Wstaję rześki jak rybka, tankuję jeszcze Hondę i dalej w drogę. Jadę w ładnym ale bardzo monotonnym krajobrazie, prawie cały czas przez las. Towarzyszą mi jeszcze inne pojazdy, dalej to się zmieni.

Pierwsze kontakty z fińską przyrodą.

Przydrożny parking nad jeziorkiem.

Finlandia to jeden z najmniej zaludnionych krajów Europy. Przy powierzchni nieco większej od Polski mieszka tu tylko 5,5ml ludzi i to w większość na południu kraju. Na jeden kilometr kwadratowy powierzchni przypada tylko szesnastu mieszkańców. Dla porównania w Polsce przypada aż stu dwudziestu trzech. Więc nie ma co się spodziewać dużego ruchu pojazdów. Im dalej na północ tym ludzi i samochodów mniej. Sieć drogowa też nie przypomina wysoko zaludnionych krajów zachodniej Europy. Poza kilkoma odcinkami autostrady czy ekspresówki w okolicach większych miast, drogi są tu jednojezdniowe, dwukierunkowe bez utwardzonych poboczy.
Im dalej na północ tym mniejszy ruch na drogach.

Znak prawie taki sam jak u nas tylko zwierzątko inne.

Mijam Olulu i zaczynam powoli rozglądać się za miejscem do spania. Nieśmiało zerkam w laski przy przydrożnych parkingach, ostatecznie trafiam na camping. Rozbijam namiot i robię jedzenie. Do koła podbiegunowego tylko trochę ponad sto kilometrów, więc mimo późnej pory słońce jeszcze mocno świeci. Zasypiam chowając się przed jego promieniami głęboko do śpiwora.
Pierwszy nocleg pod namiotem.

Czwarty dzień wyjazdu. Szybkie śniadanie i ruszam na północ, jedyny słuszny kierunek tej wycieczki. Po około 150km dojeżdżam do leżącej tuż za Rovaniemi wioski świetnego Mikołaja. Nic ciekawego tu nie ma, sklepy z bożonarodzeniowymi gadżetami i rejestracje. Jest to jednak ważny punkt mojej wycieczki, ponieważ to właśnie w tym miejscu przekraczam koło podbiegunowe. Przez kilka następnych dni będę w strefie dnia polarnego. Słońce będzie cały czas ponad linią horyzontu.
 
Dzień czwarty.


Wioska Świętego Mikołaja, to tutaj przekraczam koło podbiegunowe.

Od tego miejsca z utęsknieniem wypatruję reniferów. Po kilkudziesięciu kilometrach euforia, pierwsze stadko pasie się nieopodal drogi. Nic nie robiąc sobie z co prawda rzadko, ale jednak przejeżdżających samochodów. Oczywiście zatrzymuję się fotografuję i filmuję rogaciznę.
Pierwsze renifery.
Jadąc cały czas na północ obserwuję jak drzewa stają się coraz niższe i bardziej karłowate. Brzozy na południu Finlandii są smukłe i strzeliste, takie same jak u nas. Daleko na północy, są niskie ich gałęzie bardziej poskręcane i krótsze, kora bardziej ciemna a liście, mimo że to już druga połowa czerwca nie są jeszcze w pełni rozwinięte.
Krajobraz fińskiego interioru.

Po przekroczeniu koła podbiegunowego jadę jeszcze ponad cztery godziny drogą E 75, po czym skręcam w pięćdziesiątkę dwójkę . Droga jeszcze bardziej wąska i mniej uczęszczana. Jadę zupełnie sam, pojedyncze samochody mijam co kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut. Krajobraz bardziej pagórkowaty, z wierzchołków wzniesień widać długie proste odcinki drogi, biegnącej na zmianę przez karłowaty las i bagna, krzyżującej się z bajecznie pięknymi strumieniami a na horyzoncie widać ośnieżone szczyty gór. W myślach dziękuję Bogu, że pozwolił mi oglądać te cuda, na okrasę jeszcze renifery pasące się na bagnach. Krajobraz tak piękny, że brakuje słów by go opisać.

Pierwszy drogowskaz z zaznaczonym Nordkapp.

Finlandia to kraj tysięcy jezior.

Droga nr 92

Bagna porośnięte karłowatymi brzozami.

Zwierzęta dalekiej północy.

Bajeczne strumienie.

Granica Fińsko-Norweska.

Przekraczam granicę Fińsko-Norweską nieustannie podziwiając krajobraz. Jadę drogą nr 92 w kierunku miasteczka Lakselv. Mimo że słońce jeszcze bardzo wysoko, wskazania zegara sugerują, że czas rozglądać się za noclegiem. Przed dwudziestą drugą zjeżdżam na camping. Jest zupełnie widno. Korzystając z dobrze wyposażonej kuchni robię porządek w torbie żywnościowej. Rozszczelniła się konserwa rybna, wszystko jest śliskie i pachnie rybim olejem. Myję wszystko i pozostawiam otwartą torbę na zewnątrz namiotu w celu pozbycia się resztek zapachu. Kładę się spać około godziny pierwszej. Jest widno jak w dzień. Po drugiej stronie jeziora widać oświetlone słońcem zbocze góry a na nim kilka czerwonych domów. Bajka.


Długie proste i zerowy ruch pojazdów.

Za kołem polarnym już tylko karłowate brzozy.

Mimo, że to już droga połowa czerwca liście dopiero się rozwijają.

Kolejny Biwak.


Widok z campingu godzina 21:20


To samo wzgórze kilka minut po północy.

Jestem trochę zmęczony więc szybko zasypiam, po chwili budzi mnie hałas dobiegający z moich zapasów. Wrona złodziejka dobrała się do mojej spiżarni, ukradła kilka kiełbas i trochę sera. Zbieram porozrzucane puste opakowania, zamykam szczelnie torbę i kładę się dalej spać.
       Piąty dzień wyjazdu i trzeci od zjechania z promu w Helsinkach. Dziś w planie kulminacyjny punkt wyjazdu -„Nordkapp”- „Przylądek Północny”. Brnę cały czas na północ. Od Laksev droga biegnie wzdłuż fiordu, krajobraz jeszcze bardziej zachwyca. Po lewej stronie ośnieżone góry, po prawej krystalicznie turkusowy fiord.

 
Dzień piąty.

.
Coraz mniej drzew, coraz więcej skał.


Pierwsze wodospady.


Pierwsze fiordy z wodami morza Barentsa.


Renifery, nieodzowny element przydrożnego krajobrazu.

Następnym punktem odniesienia jest miasteczko Olderfjord, które okazuje się tak małe, że nie zauważam że go minąłem. Pogoda taka że nie można było sobie lepszej wymarzyć. Niebieskie niebo i pojedyncze cumulusy, temperatura powyżej 10°C . Krajobraz już całkiem pozbawiony drzew, trawiastokamieniste góry z topniejącym śniegiem, na brzegu fiordu pojedyncze domy. Upajając się widokami dojeżdżam do „nordkapptunelu”. Zatrzymuję się, robię fotki, jestem mocno podekscytowany. Nordkapptunel ma prawie 7 km długości , opada dziewięcioprocentowym zjazdem by zagłębić się na 212 metrów pod poziom morza. Po czym wznosi się pod wcale nie mniejszym nachyleniem i wyłania się spod powierzchni ziemi na wyspie Mageroya. W dniu oddania 15 czerwca 1999 roku był drugim co do wielkości podmorskim tunelem świata. W czasie zimy tunel jest zamykany automatycznymi bramami i otwiera się tylko wtedy gdy wjeżdżają lub wyjeżdżają z niego pojazdy, ma to zapobiegać nadmiernemu wychładzaniu się tunelu i pokrywaniu jego wnętrza lodem.
Droga na Nordkapp.


Porsangerfjorden.

Przydrożny krajobraz.

Droga E69.

Domki nad fiordem.

Coraz bardziej surowy krajobraz.

Porsangerfjorden tuż przed Nordkapptunelem.

Wjazd do Nordkapptunnelen.


Moja Honda chwile przed wjazdem do Nordkapptunnelen.

Wjeżdżam do tunelu i od razu widać mocne nachylenie. Po kilku chwilach czuć chłód, jest zimno i wilgotno, ruch jak na całej E69 znikomy. Dość ciekawe uczucie, jadę prawie sam betonową rurą a nade mną ponad 200 metrów słupa wody. Zaraz po wyjeździe z tunelu , tuż przy drodze stoi znajome BMW. To Hiszpan poznany w tallińskim hotelu zrobił sobie przerwę na papierosa. Podjeżdżam do niego jest prawie w euforii tak mu się podobało. Zostawiam mu karteczkę z linkiem do mojego facebooka i rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę. Potwierdzają się słowa Hiszpana na wyspie jest jeszcze piękniej niż przed tunelem. Na wzgórzach dużo śniegu, pogoda fantastyczna, wszystko mieni się w promieniach słońca. Początkowo droga biegnie wzdłuż fiordu po czym za miasteczkiem Honningsvag wznosi się na płaskowyż, którym dojeżdża się do samego Nordkapp.
To uż wyspa Mageroya.


Tu już prawie nie ma roślinności.


Tuż przed Nordkapp.

Przed samym Nordkapp wjeżdżam w dużą chmurę, która nie wiedząc czemu wzięła w objęcia cały przylądek północny. Kilkaset metrów przed kasami, gdzie trzeba uiścić opłatę za wjazd, wyraźna granica dobrej i złej pogody. W okienku kasowym miła niespodzianka, obsługuje mnie sympatyczna młoda pani spod Opola, wszystkie informacje przekazuje mi w naszym ojczystym języku. Na samym przylądku kłębią się tumany mgły i tłumy ludzi. Nie ma takiej możliwości żeby zrobić sobie zdjęcie z globusem , symbolem Nordkapp i nie sfotografować przy tym jeszcze kilku osób. Spędzam na przylądku sporo czasu licząc na poprawę pogody, w końcu rezygnuję. Odpalam Hondę i wyjeżdżam z Nordkapp. Przy wyjeździe zatrzymuję się przy kasach, postanawiam pożegnać "Panienkę z okienka". Dziewczyna namawia mnie żebym wrócił i obejrzał jeszcze film w podziemnym kinie. Ulegam namowom i zawracam. Film jak film, może bardziej, może mniej ciekawy, o historii odkrywania przylądka, ale po wyjściu euforia, nad przylądkiem piękna pogoda. Znakomita przejrzystość powietrza. Powtarzam spacer fotografując wszystko jeszcze raz. Widok na klif i morze Barentsa oraz świadomość że dalej na północ dojechać się już nie da - bezcenne.

[ 
Ja na Nordkapp.

Ja na Nordkapp.
Ja na Nordkapp.

 
Ja na Nordkapp

Nordkapp.

Nordkapp.

Chmury opuszczają Nordkapp.

Przylądek Północny na tle morza Barentsa.

Nordkapp.

Bezcenne jest też to , że powracam do pisania tej relacji, siedząc w leżaku nad jedną z przecudnych zatoczek Sithonii, środkowego cypla greckiego półwyspu Halkidiki, Morze Śródziemne chlapie mi po stopach, moje dziewczyny relaksują się tuż obok, a ja opisuje wspomnienia zza koła podbiegunowego.
Moja Honda z całym dobytkiem zaparkowana w wyjątkowo doborowym towarzystwie, kilka motocykli w tym dwa małe GS-y będące aktualnie w podróży dookoła świata. Wyjeżdżam z przylądka , nie zatrzymuję się już przy kasach, pogoda fantastyczna, super krajobraz. Po kilkunastu kilometrach doganiam rower typu tandem z łopoczącą biało-czerwoną flagą. Para pozytywnie zakręconych Polaków i pies w przyczepie, z tego co pamiętam są kilka miesięcy w podróży. Przyjechali na Nordkapp bardzo podobną trasą do mojej, ale zajęło im to o wiele więcej czasu. Rozmawiamy chwilę,  wymieniamy się kontaktami, dostaję naklejkę z adresem ich bloga i jadę dalej. Teraz już nie zatrzymuję się na fotografowanie tylko podziwiam krajobraz i czerpię przyjemność z jazdy motocyklem. Na jednym z przydrożnych parkingów robię obiad. Podróżowanie z własnym prowiantem bardzo mi odpowiada, nie muszę chodzić po sklepach i niczego szukać, wyciągam słoik z torby, odgrzewam i gotowe. Brzuszek pełny mina uśmiechnięta :). Pokonuję Nordkapptunel i po kilkudziesięciu kilometrach jestem w Olderfiordzie. Sklep, restauracja i camping prowadzone przez ten sam personel. Stacja benzynowa i dwa domy na krzyż to całe miasteczko. W trakcie rozbijania namiotu zaczyna padać. Zrobiło się szaro,mokro i zimno. Zanim położę się spać muszę jeszcze pogrzebać w kabelkach, coś szwankuje ładowarka do nawigacji. Zasypiam przy akompaniamencie deszczu stukającego w tropik namiotu. Budzę się, dalej pada ,ale nie leje. Spiker w pogodynce powiedziałby: zachmurzenie duże, opady ciągłe umiarkowane. Korzystam z dobrodziejstwa infrastruktury campingowej. Na wszystkich campingach, które odwiedziłem na tej wycieczce były w pełni wyposażone kuchnie i jadalnie ze stołem. W tym przypadku kuchnia znajdowała się w ciasnym pomieszczeniu przy dość obszernej jadalni. Muszę chwile poczekać na jej zwolnienie. Estońska rodzina którą spotkałem wczoraj w campingowej recepcji gotuje parówki w ilościach hurtowych. Ja otwieram słoik z pulpetami i po kilku minutach wchodzę do jadalni z talerzem pełnym parującej, aromatycznej strawy. I tu bardzo śmieszna sytuacja. Cała grupa Norwegów , co najmniej kilkanaście osób, przerywa spożywanie swojego plastikowego śniadania, odwracają wzrok w moją stronę i kręcąc nosami mówią coś o super aromacie. Kilka osób zagląda mi nawet do talerza, głośno komentują to co cię w nim znajduje, stwierdzają że to zupa. Po minach widać że chętnie by spróbowali.
Zwijam obozowisko i ruszam dalej drogą nr 6. Kieruję się na Altę i dalej w kierunku Lofotów. Droga biegnie wzdłuż północnego wybrzeża Norwegi. Po prawej stronie zimne zatoki i fiordy oceanu arktycznego, po lewej ośnieżone wierzchołki gór. Wzdłuż drogi bagna i karłowate brzozy między nimi renifery. Ruch znikomy, raz na kilka może nawet kilkanaście minut pojedyncze kampery. Odległości między miejscowościami kilkudziesięciokilometrowe. Jest pusto i odludnie. Ten etap najbardziej wprowadza mnie w klimat polarny. Temperatura spada do 6°C jest mokro, zimno i wieje, słońce w ogóle nie zachodzi. Tego dnia, ze względu na zachmurzenie w południe było ciemniej niż o północy. Można by jechać cały czas ale rozsądek nakazuje zatrzymać się na odpoczynek. Pilnuję zegarka żeby znaleźć camping przed dwudziestą drugą, później recepcje się zamykają.

 
Dzień szósty.


Gdzieś między Olderfjord a Alta


Drogi dalekiej północy.


Jest zimno i mokro.


Wieczorem zaczyna się robić widno


Czas się kłaść spać, a tu ciągle widno.

Kolejny dzień zaczynam od zwiedzania parku arktycznego. Duża reklama zachęciła mnie do obejrzenia tego przybytku. Łosie , niedźwiedzie i inne zwierzaki pozamykane w wybiegach nie były zbyt ciekawe. Im bliżej zachodniego wybrzeża tym cieplej, Golfsztrom robi swoje. W Bjerkvik skręcam w lewo na Narvik. Chcę zobaczyć pomnik postawiony ku czci Polskich marynarzy z ORP Grom, poległych w bitwie o Narwik, w czasie drugiej wojny światowej. Wracam z powrotem do Bjerkvik i kieruję się na drogę nr 10. Lofoty witają mnie mglistą pogoda i mżawką. Im dalej, tym chmury bardziej odsłaniają ten górzysty archipelag. Góry opadające prosto do morza i czerwone domki przy fiordach tworzą bajeczny widok. Lofoty są następnym po Nordkapp żelaznym punktem wycieczki. To archipelag małych górzystych wysepek połączonych mostami. Mimo że leży daleko za kołem polarnym klimat jest tu wyjątkowo łagodny a to dzięki ciepłemu prądowi Golfstrom, który opływa wyspy. Dzięki temu klimatowi tylko tutaj udaje się tak dobrze wysuszyć dorsze. Słynny „Stokfisz” powstaje tylko tutaj. Ryby są suszone na wolnym powietrzu zawieszone na specjalnie przygotowanych żerdziach. Są bardzo popularnym daniem bożonarodzeniowym w całej Skandynawii. Suszy się też głowy tych ryb i to właśnie tego typu suszarni widziałem najwięcej. Zapach, który powstaje w trakcie suszenia, nie kojarzy się przeciętnemu Polakowi z czymś smacznym a raczej odwrotnie. Przemierzam Lofoty główną droga. Dopiero po wjechaniu na wyspę Vestvagoya skręcam w prawo w boczną lokalną drogę, która jak większość tutejszych dróg biegnie nabrzeżem wzdłuż fiordu. Przy drodze dużo żerdzi z suszonymi głowami dorszy, z samymi dorszami mniej. Chyba minął już sezon na Sztokfisze. Za wioską Eggum asfalt się kończy, jeszcze około kilometra szutrówką i jestem w pięknym miejscu. Jest to punkt widokowy z parkingiem, toaletą i dostępem do wody. Biwakuje tu sporo camperów ale są też rozbite namioty. Miejsce to znalazłem w internecie podczas planowania wycieczki i zostaję tu na noc.


Dzień siódmy.


Pomnik Polskich Marynarzy z ORP Grom.


Odpoczynek tuż przed Lofotami.


Brama na Lofoty.


Lofoty.


Lofoty.

Lofoty.

 
Tyle się zmieściło do dwudziestopięciolitrowego zbiornika.

Lofoty.

Jeden z wielu mostów.

I następny.

Lofoty.

Lofoty.

Lofoty.

Lofoty.

Lofoty

Lofoty.

 Troszkę się kręcę po okolicy zanim rozbiję namiot . Oglądam ruiny niemieckiej stacji radarowej z czasów drugiej wojny światowej i szukam miejsca pod biwak. Znajduję dogodne miejsce, jest w miarę płasko, stolik z ławką, piękny widok na morze i góry a co najważniejsze dam rade podjechać motocyklem, nie będę musiał nosić klamotów. Zanim wjadę sprawdzam też krótką ścieżkę, którą jutro będę wyjeżdżał z biwaku. Wszystko pasuje, rozbijam namiot nad samym klifem. Kolacja i nocleg w takim miejscu to niesamowite przeżycie. Jak to zwykle bywa w takich miejscach, samotny motocyklista jest ciekawym obiektem dla emerytowanych niemieckich kamperowców. Przychodzą, oglądają motocykl, zerkają do namiotu. Sącząc herbatę do północy, upajam się krajobrazem, słonko w ogóle nie chowa się za horyzont.

Lofoty.

Najpiękniejsza miejscówka tego wyjazdu.

Śniadanie.

  Rano szybkie śniadanie, wskakuję na motocykl i wyjeżdżam z biwaku. Po kilku metrach dziwna siła kładzie motocykl na prawy bok. Podnoszę się z trawy, nie wiem co jest grane. Przewrócony motocykl a pod nim kałuża oleju, kamperowcy podbiegają i pomagają mi postawić moto na koła , zbierają olej w papierowe ręczniki. Albo wczoraj źle sprawdziłem wyjazd, albo dzisiaj pomyliłem ścieżki. To już nie ważne, co się stało to się nie odstanie. Zawadziłem miską olejową o kamień schowany w trawie. W pierwszej chwili jestem załamany, oczami wyobraźni, widzę już kres wycieczki i siebie wracającego do domu autobusem. Zanim opadną emocje, dzwonie do żony. Zupełnie niepotrzebnie bo emocje przenoszą się także na nią.Zdesperowana obdzwania wszystkich znajomych, którzy byli, są, lub będą w Norwegii. Mamy kilku znajomych którzy mieszkają w Norwegi, ale wszyscy w okolicach Oslo i Stavanger. Nikt z nich na Lofotach nigdy nie był i do domu w Polsce mają bliżej niż do mnie. Po kilku minutach emocje opadają, odkręcam plastikową osłonę silnika i szacuję straty: dziura w misce olejowej, w którą spokojnie mieszczą się cztery palce mojej dłoni i zrzucony łańcuch. Potrzebuje dobrego dwuskładnikowego kleju do aluminium i puszkę po piwie. Będę kleił! Nie ma takiej dziury na świecie, której nie dałoby się załatać. Mam assistance z holowaniem do 100km. Dzwonię do córki żeby przez internet poszukała mi jakiegoś mechanika w okolicy. Dzwonię tez do mojego sympatycznego kolegi Arka, który mechanikę motocyklową ma w jednym paluszku. Konsultuję z nim mój plan załatania dziury. Arek twierdzi że plan jest całkiem ok i rzuca temat moich kłopotów na motocyklowym forum Africa Twin. 
Plama oleju i feralny kamień.

Dziura w misce olejowej.

Motocykl w trakcie diagnozy.

Odbieram kilka telefonów od ludzi których obdzwoniła żona. Są ze mną duchem i wiedzą, że Lofoty to bardzo daleko. Po jakim czasie dzwoni do mnie norweski numer. Facet po rosyjsku pyta czy to ja mam problem z motocyklem i czy mówię po rosyjsku. Mój rosyjski jest tak samo mocny jak Angielski, więc za dużo nie pogadamy. Mówi, że da mój numer koledze, Polakowi, on do mnie zadzwoni i postarają się mi pomóc. Po kilku minutach dzwoni do mnie Rafał, Polak mieszkający na Lofotach. Ja już wiem że przy pomocy serwisowych narzędzi Hondy jestem w stanie wymontować i zamontować miskę i że na 99% nic więcej nie jest uszkodzone, smok pompy oleju jest OK. Rafał obiecuje że ogarnie się w pracy i za kilka godzin przyjedzie po mnie swoim T5. Zawieziemy motocykl do niego na podwórko, tam wymontuję miskę a on zorganizuje spawanie. Po kilku godzinach jest Rafał. Po zdemontowaniu szyby i lusterek udaje się zapakować Hondę do Volkswagena. Po drodze ustalamy że pojedziemy jednak do człowieka, który dzwonił do mnie pierwszy. Jest nim Kalvis , Łotysz który jest mechanikiem samochodowym i razem z żoną są zapalonymi motocyklistami. Kalvis udostępnia mi profesjonalne narzędzia i po kilku minutach trzymam w reku wymontowaną miskę. Kalvis namierza też spawacza, który podejmie się jeszcze dziś załatania dziury. Rafała samochodem jedziemy do spawacza. Facet prowadzi zakład samochodowy i sądząc po tym co stoi w obejściu, zajmuje się renowacją starych samochodów. Zabiera miskę i każe odjechać, zadzwoni jak będzie gotowe. Odwozimy Kalvisa do domu i jedziemy z Rafałem dokończyć jego robotę. Gdy zbieramy narzędzia dzwoni Kalvis z informacją że miska jest gotowa. Przy odbiorze facet pokazuje w telefonie zdjęcia całej naprawy. Nie kosztowało mało, ale trzeba przyznać, że robota zrobiona bardzo profesjonalnie i szybko. W drodze powrotnej objeżdżamy stacje benzynowe i super markety. Szukamy oleju w przyzwoitej cenie. Kalvis każe jechać do warsztatu w którym pracuje, tam będzie najtaniej. Otwiera zamknięty już warsztat i przynosi cztery litry oleju. Z pomocą Kalvisa montuję miskę i zalewam olej. Z duszą na ramieniu, odpalam Hondę. Chodzi jak szwajcarski zegarek. Naciągam jeszcze łańcuch i pakuję wszystkie moje torby na motor. Jest już późny wieczór. Rafał proponuje mi nocleg, ale nie chcę robić już więcej kłopotu. Chłopaki i tak bardzo dużo dla mnie zrobili i nie chcą za to żadnych pieniędzy. Nie wiem jak im za to dziękować. Wymieniamy się kontaktami i wyjeżdżam dalej w drogę. Jest godzina 22:20.  Postanawiam że przejadę archipelag do końca i tam znajdę jakiś biwak. Wiem, że w Moskenes tuż przy przystani skąd odpływają promy do Bodo jest Camping. Lofoty w nocy której nie ma, to widok którego na pewno długo nie zapomnę. Góry, fiordy i czerwone domy na palach, przecudnie oświetlone słońcem, które czai się na linij horyzontu. Nikt nie przeszkadza, ludzie już dawno śpią w swoich domach, tylko ja i ten wspaniały krajobraz. Mijam przystań w Moskenes i jadę dalej. Żeby Lofoty były zaliczone trzeba dojechać na sam koniec, do miejscowości nazwie „A”. Okazuje się że na końcu archipelagu jest parking, na którym śpi duża grupa kamperów. Jest też rozbitych kilka namiotów. Znajduję kawałek w miarę płaskiego terenu i rozbijam namiot. Budzik nastawiam na godzinę przed odpłynięciem pierwszego promu. Szybko zasypiam. Mam tylko kilka godzin na odpoczynek.
 
Dzień ósmy. po ogarnięciu motocykla udało się jeszcze trochę przejechać.

Suszarnia Stokfiszy.

Stokfisze.

Lofoty nocą. (godz. 23:17)

Słoneczko na horyzoncie. (23:26)

Lofoty nocą.

Lofoty nocą.

Lofoty nocą.

Lofoty nocą. (godz. 24:00)

Lofoty nocą. (godz. 24:00)

Wypożyczalnia samochodów w Moskenes.

Lofoty nocą. (godz. 24:25)

"A" wioska na końcu Lofotów.

Dźwięk budzika wyrywa mnie z głębokiego snu. Szybko zwijam biwak i pędzę na przystań. Kampery jeszcze śpią , ostatni się tu rozbiłem i pierwszy odjeżdżam. Szybko się okrętuję. Na promie nie ma zbyt wielu pasażerów, łatwo znaleźć dobre miejsce do drzemki. Wczorajszy dzień dał mi mocno w kość, muszę się zregenerować przed dalszą jazdą.  Przez kilka minut podziwiam panoramę oddalających się Lofotów, zjadam śniadanie, rozkładam się w fotelu i zasypiam. Budzę się gdy prom zawija do przystani w Bodo. Błądzę chwile po mieście zanim wyjadę na jedyną główną drogę wylotową z miasta. Troszkę się waham. Czy wybrać szybszą E6? Główną drogę Norwegii, która zaczyna się w szwedzkim Malmo nad morzem bałtyckim a kończy daleko na północy nad morzem Barentsa, prawie na granicy z Rosją i biegnie przez całą Norwegię. Czy trzymać się planu i zjechać na biegnącą wzdłuż wybrzeża widokową Fv 17, narodowy szlak turystyczny „Kystriksveien”. Decyzja jest raczej oczywista, motocykl sam skręca na ciekawszą trasę. W planie wycieczki mam dojechanie „siedemnastką” do miasta o dziwnej nazwie „Mo I Rana” i dopiero tam wjazd na E6. W nagrodę za trzymanie się planu dostaję koleiną porcję fantastycznych krajobrazów. Zachodnie wybrzeże norwegi podziwiam z drogi i z promów. Na jednym z nich przekraczam koło podbiegunowe i znów jestem w normalnym świecie gdzie doba dzieli się na dzień i noc. Gdzieś za Mo i Rana rozbijam się na campingu. 
 
Dzień dziewiąty.


Pożegnanie Lofotów.

Pożegnanie Lofotów.
Droga Fv 17


Droga Fv 17.


Lodowiec Svartisen.


Droga Fv 17.


W oczekiwaniu na prom.


Już na promie.


Przekraczam koło podbiegunowe.


Droga Fv 17


Droga Fv 17.

 Kolejny dzień to tranzyt do następnych atrakcji. Mam do przejechania około sześciuset kilometrów do Kristiansund. Trasa mimo że biegnie głównymi drogami też nie jest pozbawiona ciekawych krajobrazów. W pierwszej połowie dnia jest ładna pogoda. Ale już przed Trondheim zaczyna padać i tak jak to zwykle bywa, im bliżej dużego miasta tym więcej samochodów. Samo Trondheim to ulewny deszcz i zakorkowane ulice. Przyklejam się do ogona grupie lokalnych motocyklistów i tak jak oni przeciskam się między samochodami. Do końca dnia deszcz już nie przestaje padać. Na campingu chyba tylko ja rozbijam namiot, są tam jeszcze bungalowy i kilka kamperów. Muszę przyznać, że namiot Fiord Nansen Vieg pro 3 który nabyłem specjalnie na ten wyjazd, istotnie nadaje się do rozbijania w deszczu. Ubranie motocyklowe rozwieszam w pralnio-jadalni z której nikt oprócz mnie nie korzysta.

Wodospad.


Strumień.


Posiłek w pięknych okolicznościach przyrody.


Smakowało bardzo.


Kolejny przydrożny wodospad.

Budzę się na szczęście już w lepszej pogodzie. Zapowiada się ładny dzień i bardzo dobrze, bo na dziś mam zaplanowaną drogę Atlantycką, drogę Trolli i drogę Orłów. Najbardziej znane i rozpoznawalne drogi Norwegii. Z Kristiansund na wyspę Averoya jedzie się tunelem. Zaraz po wyjechaniu z niego trzeba uiścić opłatę, Motocykle też płacą. Averoye ze stałym lądem łączy słynna Droga Atlantycka (Atlanterhavsvegen). Droga Atlantycka to niezwykłe dzieło drogowe, składające się systemu mostów i grobli. Prowadzi przez kilka małych wysepek. Jadąc nią ma się wrażenie że droga biegnie po otwartym morzu.

Dzień dziesiąty.


Droga Atlantycka.


Droga Atlantycka.


Droga Atlantycka.


Droga Atlantycka.


Droga Atlantycka.

Atlanterhavsvegen szybko się kończy. Choć jest bardzo atrakcyjna i warta przejechania ma tylko osiem kilometrów długości. Zanim wjadę na Norweski złoty szlak składający się z „Drogi Trolli” zwanej też "Drabiną Trolli" i ”Drogi Orłów” czyli drogę nr 63, po drodze jadę jeszcze jedną bardzo atrakcyjna ścieżyną, biegnąca wzdłuż Langfjordu drogą Fv 660 i kilka kilometrów sześćdziesiątką czwórką. 

Gdzieś miedzy Drogą Atlantycką a droga nr 660.


Droga nr 660.


Droga nr 660


Droga nr 660


Droga nr 660

Owce na drodze nr 660


Droga nr 660


To się nazywa ładnie mieszkać (Droga nr 660)


Droga nr 660


Droga nr 660.


Droga 64


Droga nr 64

Skręcam w drogę 63 czyli norweski złoty szlak. Droga jest bardzo wąska i nie lepsza od naszych wiejskich bocznych dróg. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do parkingu, na nim sklepy z pamiątkami i kilka samochodów. Tu zaczyna się już ruch turystyczny. Jadę następne kilkanaście km w górę zatrzymuję się na parkingu widokowym, z którego rozpościera się piękny widok na drogę Trolli. Spotykam też Polaków, którzy są tutaj na wycieczce. Sama Droga Trolli i jej serpentyny są naprawdę ekscytujące, ale ze względu na norweskie przepisy i mandaty nie da się bardzo poszaleć. Nie przekraczam  dozwolonych limitów prędkości. Jadę spokojnie, podziwiam piękno krajobrazu. A jest co podziwiać. Piękne skały przy cudownej pogodzie na tle błękitnego nieba wyglądają naprawdę atrakcyjnie. Następny punkt widokowy tuż przy słynnym wodospadzie  "Stgfossen", nad którym jest przerzucony most. Zatrzymuję się na fotki, spotykam też chłopaków z Zakopanego. Zarabiają w Norwegii  budując drewniane dachy. Zrobili sobie wycieczkę po okolicznych górach. Pokonuję jeszcze kilka serpentyn i dojeżdżam na znajdujący się na wysokości 852 m.n.p.m. szczyt drogi. Tam nowo wybudowany punkt obsługi turystów. Drogę Trolli odwiedza rocznie kilkadziesiąt tysięcy turystów, musi być więc zaplecze do wyciągania od nich pieniędzy. Ja też zostawiam tam parę groszy. Tradycyjnie z każdej podróży przywożę swojej najmłodszej córce jakiegoś pluszaka. Wybór padł na pięknego renifera, którego ochrzciłem Reni. Z parkingu jest wybudowana ścieżka, która prowadzi na taras widokowy. Rozpościera się z niego piękny widok na całą drogę Trolli. [caption id="" align="alignnone" width="1025"]
Od razu widać,że wkraczam do krainy Trolli.


Trollstigen widziana z dołu.


Stigfossen.


Stigfossen i przerzucony przez niego most.


Trollstigen. Droga Trolli.


Ja na tle Drogi Trolli.

Pamiątkowe zdjęcia i wracam na parking. Tu spotykam grupę polskich motocyklistów na GS-ach. Zagaduje mnie także bardzo sympatyczny kierowca czeskiego autokaru. Też ma w domu Hondę Varadero, ale ze względu na pracę bardzo rzadko nią jeździ. W lato wozi Azjatów po Norwegii. W zimie też Azjatów po Europie Środkowej a Honda stoi w garażu. Troszkę mi zazdrości tego że śmigam tu motorkiem. Po wyjeździe z Trollstigen jedzie się jeszcze co najmniej kilkanaście kilometrów w  wysokogórskim krajobrazie, po czym łagodnie zjeżdża w dolinkę. W Norwegii nie trzeba wjeżdżać nawet na tysiąc metrów nad poziom morza żeby krajobraz był taki jak w Alpach grubo powyżej dwóch tysięcy. Dojeżdżam do fiordu. W oczekiwaniu na prom gawędzę ze znajomym Czechem. Za fiordem droga znów wznosi się do góry, by stromym zjazdem, zwanym Drogą Orłów znów opaść aż do wód jednego z najpiękniejszych Norweskich Fiordów - Geirangerfiordu. Droga dotyka wód fiordu w miasteczku Geiranger i znów się wzbija wysoko w góry. Tym razem już ponad 1000 m.n.p.m.

Droga nr 63 na południe od Trollstigen.


Droga nr 63 tylko trochę ponad 800 m.n.p.m


Droga nr 63 na południe od Drabiny Trolli.


Hytty przy złotym szlaku.


Grairangerfjord i opadająca do niego "Droga Orłów"


Geirangerfjord, Ja i Droga Orłów.


Geirangerfjord z innej perspektywy.

 Po wjechaniu w góry można skręcić do następnego ciekawego miejsca, które nazywa się Dalsnibba. Jest to taras widokowy na wysokości prawie 1500 m.n.p.m., z którego poroztacza się wspaniały widok na Geirangerfjord. Jest mglisto i troszkę pada. Spod fiordu nie widać Dalsnibby. Schowała się w chmurach. Odpuszczam więc wjazd na nią, który wcale nie kosztuje mało a przez chmury nie zobaczę za wiele. Przejazd przez góry jest i tak mocno ekscytujący. Ośnieżone góry i jezioro pokryte lodem to kwintesencja norweskiego krajobrazu. Skręcam w drogę nr 15, która jeszcze kilka kilometrów biegnie wysoko wśród gór po czym opada do doliny i biegnie wzdłuż rzeki Otta. Przed miastem Fossheim wjeżdżam na camping. Czas rozbić obóz. Camping jest w 100% opanowany przez norweskich motocyklistów. Mają tu jakiś zlot. Gra muzyka i leje się alkohol. Zloty nigdy mnie nie kręciły, wiec znajduję spokojne miejsce i rozkładam namiot. W czasie przejazdu przez camping ktoś daje mi do zrozumienia że jest coś nie halo z moją tylną oponą. Sprawdzam; istotnie chyba ciut za mało powietrza. Stwierdzam że to pewnie wina wulkanizatora, który przed wyjazdem wymieniał mi opony. Jutro dopompuję koło i będzie OK. Przejechałem moją Hondą ponad 50 tys. km i nie złapałem kapcia, więc dlaczego bym miał złapać teraz.

Droga nr 63 na południe od Getrangerfjordu


Droga nr 63 na południe od Geirangerfjordu


To już droga nr 15


Droga nr15 kierunek na Fossheim.


Droga nr 15.


Droga nr 15


Droga nr 15


Czas spać.

Muzyka na campingu grała chyba całą noc, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio. Wstaję  rześki jak skowronek. Poranne czynności zajmują mi zwykle około godziny czasu. Toaleta, składanie namiotu, w międzyczasie szykowanie śniadania i herbaty na drogę.  Na stacji benzynowej tuż przy campingu tankuję paliwo i pompuję koło. Było tylko trochę ponad  1 bar powietrza, wiec prawie kapeć. Dziś na pierwszy ogień idzie droga nr 55, czyli "Sognefjellet", która prowadzi przez najwyższe góry Norwegii. Początek trasy to dolina z rzadko porozrzucanymi gospodarstwami, po czym droga się wznosi a gospodarstwa ustępują miejsca skałom i wysokogórskiej ośnieżonej krainie. Jeszcze w dolnej części drogi doganiam Mercedesa Vito z dziwnie wyglądającą tablicą rejestracyjną. Na tylnej szybie ma mapę swojej trasy, która wiedzie z północno-wschodnich Chin przez Rosję do Skandynawii i potem w okół całej Europy. Wyprzedzam go pozdrawiając podróżników gestem uniesionego kciuka i zostawiam w tyle. Wiodąca wysoko w góry droga ociera się o Pak Narodowy Jotunheimen, który obejmuje najwyższe szczyty całej Skandynawii. Zatrzymuję się na pierwszym punkcie widokowym u podnóża gór, wokół którego rozpościera się piękny widok na wodospad oraz drogę biegnąca wzdłuż strumienia i skalnych szczytów. Dojeżdża tutaj też mijany wcześniej Mercedes z chińską rejestracją. Jego kierowcy bardzo podobał się mój gest pozdrowienia. Koniecznie chce mieć ze mną zdjęcie. Oczywiście bez oporów pozuję do sesji  z człowiekiem, z którym dzieli mnie  na pewno duża różnica kulturowa a łączy pasja do dalekich podróży.

Dzień jedenasty.


U podnóża gór Jotunheimen


Jedno ze zdjęć ze spotkanym na trasie chińskim podróżnikiem.


Początek drogi Sognesfjell.


Dowód na to, że tam naprawdę byłem.


Początek drogi Sognefjeii.


Początek drogi Sognefjell.


Wodospad przy punkcie widokowym.


Początek drogi Sognefjell.

"Sognesfjellsvegen" jest najwyżej położoną  drogą w całej Skandynawii. Biegnie przez serce gór Jotunheimen. W najwyższym punkcie na przełęczy Fantesteimem osiąga wysokość 1434 m.n.p.m. i jako pierwsza otrzymała tytuł narodowej drogi krajobrazowej. Śnieg wzdłuż drogi utrzymuje się cały rok a od listopada do maja najwyższy odcinek jest zamknięty. Krajobraz jaki rozpościera się z dogi jest porównywalny z panoramą, którą można podziwiać z okolicznych szczytów.W najwyższym odcinku wzdłuż drogi biegnie trasa narciarska, na której można spotkać narciarzy nawet w środku lata.

Sognefjellsvegen.


Narciarze na przełęczy Fantesteimen.


Sognefjellsvegen.


Sognefjllesvegen.


Sognefjestvegen.


Sognefjellvegen.

Zjeżdżam w dół. Szybko zmienia się krajobraz. Najpierw znika biel śniegu a po następnych kilku kilometrach, szaro bure skały ustępują miejsca soczystej zieleni. Jest cieplej ale zaczyna padać. Znowu pojawiają się domy i budynki gospodarcze. Pokonuję kilkanaście kilometrów w dolinie, następnie krótki rejs promem i wspinam się na następną  narodową drogę widokową. Tym razem to "Droga Śnieżna" - "Aurlandsvegen". Wjeżdżając na Aurlandsvegen zostawiam pod sobą najdłuższy tunel Norwegii - dwudziestoczterokilometrowy "Laerdalstunnelen", który w momencie oddania w 2000 roku, był najdłuższym tunelem świata  . Atmosfera drogi bardzo podobna do Sognefjeiivegen. Jest więcej śniegu i mniej szczytów. Płaskowyż na wysokości 1300 m.n.p.m. zbudowany z takich samych skał, porośnięty mizernymi brązowymi trawami. Znów zrobiło się zimniej ale przestało padać. Przemykam przez śnieżną krainę chłonąc krajobraz wszystkimi zmysłami. Na południowym krańcu drogi śnieżnej znajduje się "Stegastein". To oblegana przez turystów platforma widokowa, która jest bardzo ładna sama w sobie a dodatkowo można z niej podziwiać panoramę Aurlandfjordu i okolicznych gór z wysokości 650 metrów. Robię pamiątkowe fotki w tłoku turystów i serpentynami zjeżdżam w dół.


Norweskie gospodarstwa.


Stary dom.


"Droga Śnieżna"


" Droga Śnieżna"


Coraz więcej śniegu.

"Droga Śnieżna"


"Droga Śnieżna"[/caption]
Stegastein.

Aurland widziany z Stegastein.


Ja na tle Aurlandfjordu.


Aurlandfjord.

Im niżej tym pogoda coraz gorsza, najpierw mżawka potem deszcz. Po kilku kilometrach  wjeżdżam w tunel chowając się przed deszczem, za chwile w następny, jedenastokilometrowy "Gudvangatunnelen". Po wyjechaniu  z niego już nie pada tylko leje. Zatrzymuję się na przystanku autobusowym żeby ubrać kombinezon przeciwdeszczowy.  Na wszystkich postojach w tym dniu sprawdzam stan tylnej opony. Do tej pory było OK. Teraz nie jest dobrze - za male ciśnienie i co gorsza słychać syczenie uciekającego powietrza.  Szybko wskakuję na siodło i jadę dalej licząc na to, że zatrzymam się na jakiejś stacji benzynowej. Po kilku kilometrach jest stacja. Sprawcą całego zamieszania jest kawałek wkręta. Wyciągam go z opony, ładuje do niej piankę uszczelniającą, dopompowuję powietrza i zgodnie z instrukcją od razu jadę dalej. Po chwili dojeżdżam do wodospadu Tvindefossen, bez zsiadania z motocykla robię fotkę i dzida dalej. Jest niedziela późne popołudnie, wiec nie liczę na to że uda mi się naprawić kapcia, ale dobrze  byłoby namierzyć wulkanizatora i rozbić się gdzieś niedaleko na Campingu. Zaraz za wodospadem spotykam warsztat naprawy samochodów. Wjeżdżam na plac, który przemierza facet w ubrudzonym w smarach ubraniu roboczym. Pokazuję mu koło, z którego wydobywa się piana. Gość mówi, że sześć kilometrów dalej jest wulkanizator i odchodzi do swoich zajęć. Podchodzi następny i wita się ze mną czysto brzmiącym dzień dobry. Zauważył orła na mojej szybie i przyszedł się przywitać.  Damian  jest mechanikiem w tym warsztacie i w dni wolne remontuje sobie świeżo zakupionego kamperka. Oferuje od razu pomoc. Mówi, że istotnie nie mają tu wulkanizacji, ale może mi załatać dziurę przy pomocy zestawu do szybkiej naprawy opon, wprowadzając mnie tym niemal w euforię. Wjeżdżam na warsztat i po kilku minutach mam profesjonalnie załataną oponę. Koniecznie chcę się jakoś zrewanżować - proponuję norweskie piwo. Na co Damian odpowiada że chętnie by się napił piwa ale polskiego. Piwa polskiego nie mam, ale mam inne polskie produkty żywnościowe typu wiejska kiełbasa i podobne, którymi obdarowuję Damiana. Cieszę się że chociaż w taki sposób mogę mu zadośćuczynić.  Damian przyjmuje prezent i mówi że żona się na pewno ucieszy z polskiego jedzenia bo norweskie, którym niestety muszą się żywić nie należy do najsmaczniejszych. A ja żałuje że nie wpadłem na ten pomysł wcześniej i nie obdarowałem polskim jadzeniem chłopaków, którzy pomogli mi załatać miskę olejową. Pewnie też by się ucieszyli. Gawędzimy jeszcze trochę i opuszczam warsztat. Zatrzymuję się na pierwszym napotkanym campingu. Namiot rozbijam w deszczu nad samym fiordem. W campingowej kuchni biesiaduje grupa niemieckich motocyklistów, są pod wrażeniem mojej wycieczki, częstują mnie winem. Oni przywieźli tu motocykle przyczepą i jeżdżą po okolicy. Zjadam kolację i udaję się na odpoczynek. Małymi kroczkami zbliżam się do końca skandynawskiej przygody. W dzisiejszych planach mam, jeszcze jedną narodową drogę widokową i wjazd do Szwecji.  Narodowy Szlak Widokowy "Hardanger", jest częścią drogi nr 13, z której zjeżdżam na chwile by zobaczyć wodospad "Skjervefossen", po czym jadę dalej na południe przemierzając krainę sadów jabłoniowych. Skjervefossen nie jest jedynym wodospadem, który dzisiaj zobaczę. Jest jeszcze "Latefossen". Dla mnie niewątpliwy champion wśród norweskich wodospadów. Swoją urodą przebija nawet wodospad na drodze trolli. Cały odcinek szlaku Hardander,  którym jadę jest w remoncie. Poszerzają bardzo wąską drogę przez co jest dużo odcinków szutrowego błota i wiele wahadeł. Jadę bez przerwy aż do wodospadu Latefossen, gdzie dwie rzeki opadają rozbryzgującymi kaskadami  do trzeciej, wzdłuż której biegnie moja trasa, a nad tym wszystkim przerzucony jest most.


Dzień dwunasty


Tvinnefossen.

Skjervefossen.

Skjervefossen.

Hardander.

Latefossen.

Latefossen.

Latefossen.

Latefossen.

Uwieczniam na fotografiach to cudo natury i kieruję motocykl w stronę Oslo. Droga E134 przebiega przez góry Telemarku. Mimo że łączy Bergen i Stavanger z Oslo, ruch na niej nie jest za duży. W miasteczku Heddal oglądam trzynastowieczny, drewniany kościół. Do Oslo nie wjeżdżam. Przecinam Oslofjord tunelem i dostaję się na autostradę, którą przekraczam granicę norwesko - szwedzką. Zatrzymuję się na campingu, który okazuje się najdroższym campingiem całego wyjazdu. Chyba na Lazurowym Wybrzeżu Campingi są tańsze.

Góry Telemarku

Hytty w górach Telemarku.

Hytty w górach Telemarku

Hytty w górach Telemarku.

Drewniany kościół w Heddal.

Drewniany kościół w Heddal.

Takim miłym akcentem przywitała mnie Szwecja.

To była ostatnia noc na skandynawskiej ziemi. Wyjeżdżam z kempingu trochę ponad 100 km i jestem na przeprawie łączącej Szwecję z Danią. Przeprawa dzieli się na dwa etapy. Pierwszym jest most prowadzący do sztucznej wyspy, która została zbudowana z tego co zostało wydrążone z dna morskiego przy budowie drugiego odcinka, którym jest tunel. Przejazd przez Danię traktuję już tylko tranzytowo. Okrętuję się na promie, który po około dwugodzinnym rejsie dowozi mnie do Rostocku. 200 kilometrów po niemieckich drogach, pozwala mojej Hondzie rozwinąć skrzydła. 160 km/h na autostradzie i 100  km/h na innych drogach poza terenem zabudowanym, Szkoda że w Skandynawii nie można było tak pomykać. Jeszcze tego samego dnia wjeżdżam na naszą ojczystą ziemię. W Świnoujściu zostaję na jeden dzień. Na nadbałtyckiej plaży odpoczywam po skandynawskiej wycieczce delektując się piwem, które u nas w restauracji kosztuje taniej niż w skandynawskim supermarkecie i jest o wiele lepszej jakości. Ostatni odcinek wycieczki ze Świnoujścia do Radomia pokonuję w pół dnia.

 
Dzień trzynasty.

Finisz

  Były to dwa tygodnie wspaniałej przygody, w której przejechałem prawie 9000 km podziwiając polarne klimaty, które do tej pory widziałem tylko na filmach i zdjęciach. Przejechałem osiem państw w tym siedem po raz pierwszy i co najważniejsze zaliczyłem trzeci po Cabo da Roca i Tarifie przylądek europy - północny  "Nordkapp". Pozostał mi tylko wschód.

Podsumowując przesyłam specjalne podziękowania dla Rafała Czerwińskiego i Kalvisa Cinglersa za pomoc przy naprawie miski olejowej.  Ci dwaj wspaniali ludzie, wybawili mnie z naprawdę wielkiej opresji. Nie wiem jak bym sobie bez Was poradził! Pewnie zeszło by mi z tym kilka dni lub w ogóle bym nie ukończył wycieczki.
Ogromne podziękowania także dla Damiana Kalawskiego za pojawienie się nie wiadomo skąd i ekspresowe załatanie opony.

6 komentarzy:

  1. Noo panie...przepiękna wycieczka.I ludzie spotkani po drodze OK.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, ale tak samemu to trochę smutno... Z drugiej strony święty spokój i żadnej spiny. Super zdjęcia. Zazdroszczę odwagi w samotnej podróży. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć Piotr, piękna trasa i dzięki za podzielenie się ważnymi informacjami. Będą jak znalazł dla nas w przyszłym roku. Mam pytanie o koszt wyprawy ( nie licząc napraw) i czy miałeś ze sobą tyle gotówki na promy i inne wydatki,
    czy jakieś bankomaty po drodze zahaczyłeś
    Pozdrawiam
    Elena

    OdpowiedzUsuń
  4. Tam prawie wszędzie można płacić kartą. Bankomatów taż nie brakuje. Ale oczywiście trochę gotówki w kieszeni trzeba mieć

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mało deszczu na Twoich zdjęciach, a często jest go wiele w relacjach z tamtych stron. Północ w Twojej opowieści naprawdę piękna. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń